środa, 19 listopada 2008
15-17.11.2008
15.11.2008
W Mendozie jestesmy rano, o 8 lub 9 niewiemy dokladnie poniewaz gdzies po drodze mogla byc kolejna zmiana czasu...
Na dworcu starszy pan proponuje nam hostel, cena jest nawet atrakcyjna wiec sie decydujemy, jak sie pzniej okaze bedzie to jedna z naszych najlepszych decyzji. Mendoza zapowiada sie obiecujaco tylko troche zimno jakies 12 stopni....
Jak to zwykle bywa w Argentynie odleglosci sa ogromne, wiec zwiedzania mista na piechote zajmie nam kilka dni.
Za to nocne zwiedzanie mista stala sie juz naszym stalym programem:) Wieczorem Chilijczycy urzadzaja grila na dachu naszego hostelu, na ktorego zostajemy zaproszeni. Towarzystwo bardzo miedzynarodowe, Chile, Brazylia, Wlochy, Izrael, Argentyna i oczywiscie Polska:) Dalej ruszamy w miasto razem z calym towarzystwem. Po drodze odbywa sie rytual pytania o droge, wiec przejscie kilku kilometrow zajmuje nam 3 godziny. W koncu siadamy w ogrodku przed sklepem gdzie mozna napic sie piwa (W Argentynie podobnie jak w UK po 23 nie mozna kupic alkoholu). Od trzech miejscowych dziewczyn dowiadujemy sie o mega super imprezowni "Iskra" na pewno tam pojdziemy.
16.11.2008
Dzien wczesniej zadbalismy o to zeby dzisiejszy dzien byl jak najbardziej wypelniony. Wczesnie rano udajemy sie na wycieczke "szlakiem wina", jest to zwiedzanie winiarni polaczone z degustacja.
Natomist popoludniu mamy wykupione loty na paralotni!!!!!!
Niestety wiatr w gorach jest dosyc mocny wiec co chwile przez telefon dowiadujemy sie, ze nasz start zostal przesuniety o kolejna godzine. Napiecie rosnie....
Wiatr jednak sie uspokoil i pare chwil pozniej stalem na urwisku przypety do instruktora, michal mial byc po mnie.....
Bylo...... ciezko to oposac slowami........
Do konca dnia bujamy w oblokach:)))
17.11.2008
Wkoncu sie wyspoalismy i udalismy sie na zwiedzanie miejscowego zoo. gdy dotarlismy na miejsce, po paru godzinach marszu w pelnym sloncu, w okienku biletowym uslyszelismy......."maniana"
W drodze powrotnej nachwile wstapilismy do sklepu po wode, wyszlismy z woda i mala 1l. niespodzianka dla naszego Wloskiego przyjaciela z hostelu, ktory kiedy pracowal w Polsce i wie co dobre;)
Wieczor uplyno, dokladnie uplunol na "pogaduchach" oraz gotowaniu prawdziwej niepowtarzalnej Wloskiej pasty.... Niestety w pewnym momncie wlaczyl nam sie "szwedacz" i ruszylismy na poszukiwanie Iskry. Zlapalismy taksowke, na miejscu okazalo sie ze w poniedzialek Mendoza zamienia sie w imprezowa pustynie. Zdesperowani i spragnieni piwa lamanym hiszpanskim zapytalismy kierowce o jakikolwiek otwarty klub. Podobno cos jest...
Okazalo sie ze jest to klub "Drag Queen" pelen "kobiet" o meskich rysach... Bawimy sie dobrze ale caly czas chodzimy przy scianie i ubezpieczamy sobie plecy. No i ciagle to gasnace swiatlo na parkiecie...
Wracamy do hostelu okolo 5.30 a pobudka juz o 8 :-/
W Mendozie jestesmy rano, o 8 lub 9 niewiemy dokladnie poniewaz gdzies po drodze mogla byc kolejna zmiana czasu...
Na dworcu starszy pan proponuje nam hostel, cena jest nawet atrakcyjna wiec sie decydujemy, jak sie pzniej okaze bedzie to jedna z naszych najlepszych decyzji. Mendoza zapowiada sie obiecujaco tylko troche zimno jakies 12 stopni....
Jak to zwykle bywa w Argentynie odleglosci sa ogromne, wiec zwiedzania mista na piechote zajmie nam kilka dni.
Za to nocne zwiedzanie mista stala sie juz naszym stalym programem:) Wieczorem Chilijczycy urzadzaja grila na dachu naszego hostelu, na ktorego zostajemy zaproszeni. Towarzystwo bardzo miedzynarodowe, Chile, Brazylia, Wlochy, Izrael, Argentyna i oczywiscie Polska:) Dalej ruszamy w miasto razem z calym towarzystwem. Po drodze odbywa sie rytual pytania o droge, wiec przejscie kilku kilometrow zajmuje nam 3 godziny. W koncu siadamy w ogrodku przed sklepem gdzie mozna napic sie piwa (W Argentynie podobnie jak w UK po 23 nie mozna kupic alkoholu). Od trzech miejscowych dziewczyn dowiadujemy sie o mega super imprezowni "Iskra" na pewno tam pojdziemy.
16.11.2008
Dzien wczesniej zadbalismy o to zeby dzisiejszy dzien byl jak najbardziej wypelniony. Wczesnie rano udajemy sie na wycieczke "szlakiem wina", jest to zwiedzanie winiarni polaczone z degustacja.
Natomist popoludniu mamy wykupione loty na paralotni!!!!!!
Niestety wiatr w gorach jest dosyc mocny wiec co chwile przez telefon dowiadujemy sie, ze nasz start zostal przesuniety o kolejna godzine. Napiecie rosnie....
Wiatr jednak sie uspokoil i pare chwil pozniej stalem na urwisku przypety do instruktora, michal mial byc po mnie.....
Bylo...... ciezko to oposac slowami........
Do konca dnia bujamy w oblokach:)))
17.11.2008
Wkoncu sie wyspoalismy i udalismy sie na zwiedzanie miejscowego zoo. gdy dotarlismy na miejsce, po paru godzinach marszu w pelnym sloncu, w okienku biletowym uslyszelismy......."maniana"
W drodze powrotnej nachwile wstapilismy do sklepu po wode, wyszlismy z woda i mala 1l. niespodzianka dla naszego Wloskiego przyjaciela z hostelu, ktory kiedy pracowal w Polsce i wie co dobre;)
Wieczor uplyno, dokladnie uplunol na "pogaduchach" oraz gotowaniu prawdziwej niepowtarzalnej Wloskiej pasty.... Niestety w pewnym momncie wlaczyl nam sie "szwedacz" i ruszylismy na poszukiwanie Iskry. Zlapalismy taksowke, na miejscu okazalo sie ze w poniedzialek Mendoza zamienia sie w imprezowa pustynie. Zdesperowani i spragnieni piwa lamanym hiszpanskim zapytalismy kierowce o jakikolwiek otwarty klub. Podobno cos jest...
Okazalo sie ze jest to klub "Drag Queen" pelen "kobiet" o meskich rysach... Bawimy sie dobrze ale caly czas chodzimy przy scianie i ubezpieczamy sobie plecy. No i ciagle to gasnace swiatlo na parkiecie...
Wracamy do hostelu okolo 5.30 a pobudka juz o 8 :-/
wtorek, 18 listopada 2008
11-14.11.2008
11,12.11.2008 Wczorajsza imprezka sprawila, ze rano troche zaspalismy.... Musimy wydostac sie z Buenos Aires, wiec kupujemy bilety do Pilar, tam zaczniemy nasza przygode z autostopem w Argentynie. Pilar milo nas zaskakuje na samym poczatku, za obiad zaplacilismy naprawde malo, a byl bardzo smaczny. Knajpka byla bardzo lokalna a obsuga bardzo sympatyczna, zauwazamy ze zaczynamy sie coraz lepiej dogadywac po hiszpansku.
Ruszamy lapac stopa. Poczatki nie sa zbyt obiecujace, najpierw stajemy w niewlasciwym miejscu, a jak nam sie wydaje, ze stoimy dobrze, to nikt sie nie zatrzymuje. Wkoncu miejscowu podpowiadaja nam, ze powinnismy stanac na autostradzie, tak tez robimy chociaz wydaje sie nam to nielogiczne.
Mija 5 min i zatrzymuje sie pierwsza ciezarowka, lamanym Hiszpanskim prosimy o podwiezienie. Nie mamy zielonego pojecia dokad jedziemy, ale wazne ze do przodu. Okazuje sie, ze byl to bardzo krotki stop, kierowca wysadza nas przed barmkamni do placenia za autostrade.
Czekamy na kolejna okazje, ale to piekne czekanie przerywaja nam straznicy, ktory bardzo spokojnie i kulturalnie wyjasnieja nam, ze nie mozemy tu stac i zebysmy poszli na autobus. no nic zwijamu sie i szukamy kiolejnego miejsca, zeby sie ustawic i lapac kolejne okazje. Dlugo, dlugo nic, wiecej idziemy wzdluz drogi niz jedziemy. Jestesmy bardzo zmeczenie, jest jakies 35 stopni, i ani kawalka cienia.
I jak to zazwyczaj bywa w najmniej spodziewanym momencie zatrzymyje sie kolejna ciezarowka.
Tym razem jestesmy uratowani, potym jak kierowca wyrzuca nasz kartonik z napisem "Cordoba, por favor" wiemy ze jedziemy z nim dokonca:))) Herman, kierowca okazuje sie waritem jakich malo. Jego pra dziadek byl Polakiem i to tlumaczy jego Ulanska fantazje, wyprzedza na trzeciego, pisze smsa, dyskutuje z nami i nieprzerwanie zuje liscie koki ktorymi sam nas czestuje. Jego dewiza to "No krejzy, diferente..." Do nas to tez chyba troche pasuje:)
Wieczorem podjezdzamy do mniejszej miejscowosci gdzie pomagamy roladowac czesc towaru, stolujemy sie w przydroznym barze (zaimprowizowany namiot) i idziemy spac. Spimy oczywiscie w ciezarowce, Herman pracuje 20 godzin na dobe wiec pobudka jest o 4 rano. Podczas kolacji Herman obiecal nas poczestowac yerba mate, rano zatrzymujemy sie na stacji, kombinuje goraca wode poniej przyrzadza mate prowadzac ciezarowke z predkoscia 100km na godzine.
Jak pech to pech, ok 45km przed Cordoba 18 letni Mercedes Hermana sie psuje... No nic wysiadamy i lapiemy kolejne okazje, jestesmy juz tak blisko...
Nic nie jedzie jest wczesnie rano i ruch na drodze jest prawie zerowy. Cale sczescie Hermanowi udaje sie naprawic traka i kilka chwil pozniej nkontynuujemy nasza "diferente" podroz:)
Ostatni przystanek przed Cordoba trzeba "zaplacic" za stopa. Pomagamy dzielnie w rozladunku towaru. Wkoncu nadszedl czas pozegnan, Heramnowi nie jest nareke wjezdzac do centrum miasta wiec prosi ludzi, ktorzy przyjechali po towar, zeby nas tam zawiezli, oczywiscie nie ma problemu. Ladujemy na pace wiedzac ze nastepny przystanek to centrum Cordoby!!!!
W Coedobie idziemy zakwateroweac sie do najblizszefo hostelu, ktory wedlug przewosnika jest najtanszy. Spalismy tylko kilka godzin, ale decydujemy sie na nocne zwiedzanie miasta. Cordoba to stosunkowo niewielkie miasto universyteckie, ogrody, puby wypelnione sa mlodymi ludzmi. Zmeczenie daje sie jednak we znaki i wracamy do hostelu.
13,14.11.2008
Rano kupujemy bilety do Carloz Paz, mala miejscowosc turystyczna niedaleko Cordoby.
Po krotkim zwiedzaniu mista stajemy przy drodze i........ i wiekie nic!!!!:( Pod koniec dnia wkoncu zatrzymuje sie jeden samochod, kierowca byl tak mily ze podwiozl nas dalej niz sam jechal, szkoda ze tak malo tutaj takich ludzi. Do konca dnia nie udaje nam sie nic zlapac, zaczynamy szukac miejsca na nocleg.
Rano okazuje sie ze rozbilismy sie kolo deptaku na ktorym miejscowu urzadzaja grila, ale nic nam sie nie staklo, a w nocy nikt nas nie zaczepial. Po malym sniadaniu idzimy z powrotem na droge.
To nie jest najlepsze miejsce, maly ruch wszyscy sie znaja, i nikt nie chce sie zatrzymac...
Jestesmy bardzo zmeczeni morale spadlo prawie do zera, decudujemy sie na powrot do Carloz Paz i tam kupujemy bilet na nocny autobus do Mendozy, nocne przejazdy pozwola nam oszczedzic na noclegach.
Jak na zlosc akurat dzisiaj kierowcy autobusow strajkuja i na drodze mamy duzo konkurencji, wkoncu udaje nam sie zlapac okazje ale za $10 (tutaj $ oznacza peso) Niemamy wusjacia placimy. Na miejscu kupujemy bilet do Mendozy...
Ruszamy lapac stopa. Poczatki nie sa zbyt obiecujace, najpierw stajemy w niewlasciwym miejscu, a jak nam sie wydaje, ze stoimy dobrze, to nikt sie nie zatrzymuje. Wkoncu miejscowu podpowiadaja nam, ze powinnismy stanac na autostradzie, tak tez robimy chociaz wydaje sie nam to nielogiczne.
Mija 5 min i zatrzymuje sie pierwsza ciezarowka, lamanym Hiszpanskim prosimy o podwiezienie. Nie mamy zielonego pojecia dokad jedziemy, ale wazne ze do przodu. Okazuje sie, ze byl to bardzo krotki stop, kierowca wysadza nas przed barmkamni do placenia za autostrade.
Czekamy na kolejna okazje, ale to piekne czekanie przerywaja nam straznicy, ktory bardzo spokojnie i kulturalnie wyjasnieja nam, ze nie mozemy tu stac i zebysmy poszli na autobus. no nic zwijamu sie i szukamy kiolejnego miejsca, zeby sie ustawic i lapac kolejne okazje. Dlugo, dlugo nic, wiecej idziemy wzdluz drogi niz jedziemy. Jestesmy bardzo zmeczenie, jest jakies 35 stopni, i ani kawalka cienia.
I jak to zazwyczaj bywa w najmniej spodziewanym momencie zatrzymyje sie kolejna ciezarowka.
Tym razem jestesmy uratowani, potym jak kierowca wyrzuca nasz kartonik z napisem "Cordoba, por favor" wiemy ze jedziemy z nim dokonca:))) Herman, kierowca okazuje sie waritem jakich malo. Jego pra dziadek byl Polakiem i to tlumaczy jego Ulanska fantazje, wyprzedza na trzeciego, pisze smsa, dyskutuje z nami i nieprzerwanie zuje liscie koki ktorymi sam nas czestuje. Jego dewiza to "No krejzy, diferente..." Do nas to tez chyba troche pasuje:)
Jak pech to pech, ok 45km przed Cordoba 18 letni Mercedes Hermana sie psuje... No nic wysiadamy i lapiemy kolejne okazje, jestesmy juz tak blisko...
Nic nie jedzie jest wczesnie rano i ruch na drodze jest prawie zerowy. Cale sczescie Hermanowi udaje sie naprawic traka i kilka chwil pozniej nkontynuujemy nasza "diferente" podroz:)
Ostatni przystanek przed Cordoba trzeba "zaplacic" za stopa. Pomagamy dzielnie w rozladunku towaru. Wkoncu nadszedl czas pozegnan, Heramnowi nie jest nareke wjezdzac do centrum miasta wiec prosi ludzi, ktorzy przyjechali po towar, zeby nas tam zawiezli, oczywiscie nie ma problemu. Ladujemy na pace wiedzac ze nastepny przystanek to centrum Cordoby!!!!
W Coedobie idziemy zakwateroweac sie do najblizszefo hostelu, ktory wedlug przewosnika jest najtanszy. Spalismy tylko kilka godzin, ale decydujemy sie na nocne zwiedzanie miasta.
13,14.11.2008
Rano kupujemy bilety do Carloz Paz, mala miejscowosc turystyczna niedaleko Cordoby.
Po krotkim zwiedzaniu mista stajemy przy drodze i........ i wiekie nic!!!!:( Pod koniec dnia wkoncu zatrzymuje sie jeden samochod, kierowca byl tak mily ze podwiozl nas dalej niz sam jechal, szkoda ze tak malo tutaj takich ludzi. Do konca dnia nie udaje nam sie nic zlapac, zaczynamy szukac miejsca na nocleg.
Rano okazuje sie ze rozbilismy sie kolo deptaku na ktorym miejscowu urzadzaja grila, ale nic nam sie nie staklo, a w nocy nikt nas nie zaczepial. Po malym sniadaniu idzimy z powrotem na droge.
To nie jest najlepsze miejsce, maly ruch wszyscy sie znaja, i nikt nie chce sie zatrzymac...
Jestesmy bardzo zmeczeni morale spadlo prawie do zera, decudujemy sie na powrot do Carloz Paz i tam kupujemy bilet na nocny autobus do Mendozy, nocne przejazdy pozwola nam oszczedzic na noclegach.
Jak na zlosc akurat dzisiaj kierowcy autobusow strajkuja i na drodze mamy duzo konkurencji, wkoncu udaje nam sie zlapac okazje ale za $10 (tutaj $ oznacza peso) Niemamy wusjacia placimy. Na miejscu kupujemy bilet do Mendozy...
środa, 12 listopada 2008
09.10.11.2008 Buenos Aires
Glowa troche boli po wczorajszej imprezce, ale nic czego sie nie robi dla nauki:)
Zwiedzanie miasta dalszy ciag, Niesty potwierdza sie to ze Buenos jest drogie i nas niczym szczegolnym nie zachwycilo, poprostu duze miasto. Cale szczescie komunikacja miejska jest stosunkowa tania, bo odleglosci miedzy ciekawymi miejscami sa ogromne.
Zwiedzamy China Town, i pare innych strategicznych miejsc, no i wkoncu idziemy na steka:)
Razem dostajemy po pol krowy, i troszke ziemniaczkow na talerz, stek jest wyjatkowo smaczny, Michal mial to szczescie i dostal wysmazonego, ja natomiast krwistego.
Ostni dzien w Buenos chcemy spedzic spokojnie bez szalenstw, przy piwku lub winku. Niestey nie jest nam to dane, zostajemy zaproszeni na imprezke:) Oczywiscie, ze przyjelismy zaproszenie...
Muza byla fajna, ale towarzystwo samych Brytoli troche nas meczylo, za to upilismy sie jak nigdy:) a wzasadzie jak dzien wczesniej:P
Zwiedzanie miasta dalszy ciag, Niesty potwierdza sie to ze Buenos jest drogie i nas niczym szczegolnym nie zachwycilo, poprostu duze miasto. Cale szczescie komunikacja miejska jest stosunkowa tania, bo odleglosci miedzy ciekawymi miejscami sa ogromne.
Zwiedzamy China Town, i pare innych strategicznych miejsc, no i wkoncu idziemy na steka:)
Razem dostajemy po pol krowy, i troszke ziemniaczkow na talerz, stek jest wyjatkowo smaczny, Michal mial to szczescie i dostal wysmazonego, ja natomiast krwistego.
Ostni dzien w Buenos chcemy spedzic spokojnie bez szalenstw, przy piwku lub winku. Niestey nie jest nam to dane, zostajemy zaproszeni na imprezke:) Oczywiscie, ze przyjelismy zaproszenie...
Muza byla fajna, ale towarzystwo samych Brytoli troche nas meczylo, za to upilismy sie jak nigdy:) a wzasadzie jak dzien wczesniej:P
niedziela, 9 listopada 2008
Buenos Aires - Pierwsze Wrazenia
Czesc
Troszke zalegly wpis z mojej strony ale co tam.
Niestety, Maciek mial pecha i nie udalo mu sie dotrzec do Londynu na czas. W Buenos Aires wyladowalem sam. Znalazlem wolne lozko w Colonial Youth Hostel, bardzo przyjemny hostel, warunki troszke spartanskie ale klimat rewelacyjny.
Miasto jest wielkie, naprawde wielkie i pierwsze wrazenia to chaos i mnostwo kontarsow. Na ulicach trwa 24h wyscig, pod wejsciem do eksluzywnego hotelu grupa ludzi grzebie w smietnikach, z nieba leje sie zar.
Po zwiedzeniu co bardziej ciekawych placow, kosciolow i galeri na piechote, moje stopy powiedzialy dosc i rozlecialy sie na kawalki...
W hostelu poznalem grupe Urugwajczykow ktorzy przyjechali do Buenos Aires na festival Creamfildes a wieczorem do mojego pokoju wprowadzily sie trzy wesole Hiszpanki, razem poszlismy na impreze ktora skonczyla sie w hostelu... po paru szklankach wina z kola moj hiszpaniski bardzo sie poprawil.
Jutro przyjezdza Maciek!!!
Troszke zalegly wpis z mojej strony ale co tam.
Niestety, Maciek mial pecha i nie udalo mu sie dotrzec do Londynu na czas. W Buenos Aires wyladowalem sam. Znalazlem wolne lozko w Colonial Youth Hostel, bardzo przyjemny hostel, warunki troszke spartanskie ale klimat rewelacyjny.
Miasto jest wielkie, naprawde wielkie i pierwsze wrazenia to chaos i mnostwo kontarsow. Na ulicach trwa 24h wyscig, pod wejsciem do eksluzywnego hotelu grupa ludzi grzebie w smietnikach, z nieba leje sie zar.
Po zwiedzeniu co bardziej ciekawych placow, kosciolow i galeri na piechote, moje stopy powiedzialy dosc i rozlecialy sie na kawalki...
W hostelu poznalem grupe Urugwajczykow ktorzy przyjechali do Buenos Aires na festival Creamfildes a wieczorem do mojego pokoju wprowadzily sie trzy wesole Hiszpanki, razem poszlismy na impreze ktora skonczyla sie w hostelu... po paru szklankach wina z kola moj hiszpaniski bardzo sie poprawil.
Jutro przyjezdza Maciek!!!
08.11.2008 Brazylia, Argentyna
Wreszcie!!!!! Wyladowalem w Sao Paulo, w samolocie poznalem bardzo sympatyczna dziewczyne, Eugenie, tez leci do Buenos, do domu. Gadamy po angielsku, chociaz czasem nie jest to latwe, ale w myslzasady "wyginam smialo cialo" rozmowa sie toczy.
Lot byl calkiem przyjemny, troche pospalem, no i jedzonko pierwsza klasa. Zaserwowany stek bil na leb stare suche pierogi z LOT-u.
Roznica w czasie miedzy Sao Paulo, a Londkiem to zaledwie 2 godz.,dzieje sie tak z powody czasu letniego w Am. Pd i zimowergo w Europie.
Czekamy na samolot do Buenos, ktory ma opuznienie, powtarzam sobie hiszpanski, ale jak narzie marnie mi idzie...
Wyladowalem w Buenos, wkoncu tu jestem!Szybko ide do informacji turystycznej i pytam jak mozna sie dostac do centrum.
-"Mozesz pojechac autobusem za 45peso, lub taksowka za 95 peso"
-Ale zy napewni nie ma innej opcji?
-"jet jescze autobus miejski, ale on jedzie 2 godziny, napewno nie bedziesz zainteresowany..."
-ile?
-"1.5 peso"
Wybor byl prosty!:)
Te dwie godziny byly wyjatkowo dlugie nie mogelem sie doczekac az bede na miejscu!Autobu chwilami byl calkiem pustu a chwilami nie dalo sie wsadzic szpilki. Co mogfe powiedziec o Buenos po paru minutach spedzony w tym miescie? Jest bardzo duze, sa tutaj kobiety z czarnymi wlosami na rekach:) jest tez tutaj mnostwo starych samochodow, za ktore w Polsce kolekcjonerzy bylki by w stanie sporo zaplacic.
Do hostelu dotarlem wyjatkowo sprawnie, to znaczy nie zgubiulem sie ani razu:) Gdy wszedlem do srodku przy recepcji siedzialo paru chlopakow, rozmawiali po hiszpansku. Jak tylko uslyszeli jak mowie przy recepcji, ze jestem z Polski, odrazu zaczeli szukac Miguela! Alew Miguela nie bylo! Po jakis 30 min wieedzialem o nich prawie wszystko a oni o mnie jescze wiecej, okazalo sie ze Michal alias Miguel zaimprezowal dzien wczesniej i jezyk mu sie rozwiazal:) Dlatego tez ze bykl na ciezkim kacu nie zabardzio mial ochote na moj prezent 0.5 Luksusowej ktora wiozlem az z Warszawy z "krotkim" przystankiem w Londku....
Wieczorem idziemy na miasto....
Lot byl calkiem przyjemny, troche pospalem, no i jedzonko pierwsza klasa. Zaserwowany stek bil na leb stare suche pierogi z LOT-u.
Roznica w czasie miedzy Sao Paulo, a Londkiem to zaledwie 2 godz.,dzieje sie tak z powody czasu letniego w Am. Pd i zimowergo w Europie.
Czekamy na samolot do Buenos, ktory ma opuznienie, powtarzam sobie hiszpanski, ale jak narzie marnie mi idzie...
Wyladowalem w Buenos, wkoncu tu jestem!Szybko ide do informacji turystycznej i pytam jak mozna sie dostac do centrum.
-"Mozesz pojechac autobusem za 45peso, lub taksowka za 95 peso"
-Ale zy napewni nie ma innej opcji?
-"jet jescze autobus miejski, ale on jedzie 2 godziny, napewno nie bedziesz zainteresowany..."
-ile?
-"1.5 peso"
Wybor byl prosty!:)
Te dwie godziny byly wyjatkowo dlugie nie mogelem sie doczekac az bede na miejscu!Autobu chwilami byl calkiem pustu a chwilami nie dalo sie wsadzic szpilki. Co mogfe powiedziec o Buenos po paru minutach spedzony w tym miescie? Jest bardzo duze, sa tutaj kobiety z czarnymi wlosami na rekach:) jest tez tutaj mnostwo starych samochodow, za ktore w Polsce kolekcjonerzy bylki by w stanie sporo zaplacic.
Do hostelu dotarlem wyjatkowo sprawnie, to znaczy nie zgubiulem sie ani razu:) Gdy wszedlem do srodku przy recepcji siedzialo paru chlopakow, rozmawiali po hiszpansku. Jak tylko uslyszeli jak mowie przy recepcji, ze jestem z Polski, odrazu zaczeli szukac Miguela! Alew Miguela nie bylo! Po jakis 30 min wieedzialem o nich prawie wszystko a oni o mnie jescze wiecej, okazalo sie ze Michal alias Miguel zaimprezowal dzien wczesniej i jezyk mu sie rozwiazal:) Dlatego tez ze bykl na ciezkim kacu nie zabardzio mial ochote na moj prezent 0.5 Luksusowej ktora wiozlem az z Warszawy z "krotkim" przystankiem w Londku....
Wieczorem idziemy na miasto....
06.11.2008, 07.11.2008 Londyn
Juz dawno powinneinem zwiedzac Buenos, a zamiast tego zrobilem sobie 7 godzinny spacer po starym Londynie. Oczywiscie nie korzystalem z metra, ani autobusow, bo poco przeplacac;) Jak moglo byc byc inaczej, w trakcie mojej wycieczki zaczelo padac, juz naprawde mam dosc Londynu, chce tam gdzie jest cieplo, chce do Am. Pd.
Pisze to siedzac w Hyde Parku. Wlasnie sie wymeldowalem z Hostelu, i...... atakuja mnie wiewiorki! Podejrzewam, ze czuja resztki placka owocowego, ktory kupilem wczoraj. Czy powinienem sie bac?Czy one gryza?A moze polykaja w calosci bez gryzenia?!Zaczelo sie od jednej a teraz sa juz 3!
W hostelu poznalem Brazylijke, ktora niedawno zrobila prawie taka sama trasy, co my zamierzamy, troche mnie przerazila, cenami w Brazyli, a szczegolnie w Rio w okresie Sylwestra i Karnawalu.
Na razie od Michala wiem, ze Buenos jest ogromne i dosc drogie!
Pisze to siedzac w Hyde Parku. Wlasnie sie wymeldowalem z Hostelu, i...... atakuja mnie wiewiorki! Podejrzewam, ze czuja resztki placka owocowego, ktory kupilem wczoraj. Czy powinienem sie bac?Czy one gryza?A moze polykaja w calosci bez gryzenia?!Zaczelo sie od jednej a teraz sa juz 3!
W hostelu poznalem Brazylijke, ktora niedawno zrobila prawie taka sama trasy, co my zamierzamy, troche mnie przerazila, cenami w Brazyli, a szczegolnie w Rio w okresie Sylwestra i Karnawalu.
Na razie od Michala wiem, ze Buenos jest ogromne i dosc drogie!
czwartek, 6 listopada 2008
05.11.2008 Gdansk- Warszawa
04:30 pociag relacji Gdynia- Lublin przez Warszawe Wschodnia.
W moim przedziale siedzie tylko jedna Pani, jak sie pozniej okazuje jedzie do Lublina. Odrazy widac, ze lubi sobie pogadac, nie ma w tym nic zlego, przynajmniej czas szybciej plynie. Gadamy o gieldzie i troche o podrozowaniu, oraz o tym jak to bylo kiedys. W pewnym momencie do naszego przedzialu dosiada sie para.
Po dluzszej chwili okazuje sie, ze jada do........ tak, jada do Beunos, tez nie polecieli dzien wczesniej z Gdanska i probuja tak jak ja z Warszawy. Swiat to mala wioska:)
Reszte drogi gadamy o podrozach.
Asia i Jacek byli tak mili, ze zabrali mnie ze soba taxa na lotnisko, mieli troche wczesniej niz ja samolot i sie spieszyli.
Piszac tego posta siedze na lotnisku przy jednym z drozszych piwek jakie pilem 0.3l. 14zl- no nic lotnisko.
Wlasnie slysze komunikat:
"Pasazer Maciej Krawczun pilnie proszony jest do Strazy Granicznej"- no ladnie, moze ten wyjazd nie jest mi pisany...
Cale szczescie okazalo sie ze chodzi 2 male butle gazowe, ktore mialem w plecaku, okazalo sie ze nie mozna przewozic takich rzeczy, dziwne zawsze tak latalem i nie bylo problemu, no nic dobrze tak to sie skonczylo:))
W moim przedziale siedzie tylko jedna Pani, jak sie pozniej okazuje jedzie do Lublina. Odrazy widac, ze lubi sobie pogadac, nie ma w tym nic zlego, przynajmniej czas szybciej plynie. Gadamy o gieldzie i troche o podrozowaniu, oraz o tym jak to bylo kiedys. W pewnym momencie do naszego przedzialu dosiada sie para.
Po dluzszej chwili okazuje sie, ze jada do........ tak, jada do Beunos, tez nie polecieli dzien wczesniej z Gdanska i probuja tak jak ja z Warszawy. Swiat to mala wioska:)
Reszte drogi gadamy o podrozach.
Asia i Jacek byli tak mili, ze zabrali mnie ze soba taxa na lotnisko, mieli troche wczesniej niz ja samolot i sie spieszyli.
Piszac tego posta siedze na lotnisku przy jednym z drozszych piwek jakie pilem 0.3l. 14zl- no nic lotnisko.
Wlasnie slysze komunikat:
"Pasazer Maciej Krawczun pilnie proszony jest do Strazy Granicznej"- no ladnie, moze ten wyjazd nie jest mi pisany...
Cale szczescie okazalo sie ze chodzi 2 male butle gazowe, ktore mialem w plecaku, okazalo sie ze nie mozna przewozic takich rzeczy, dziwne zawsze tak latalem i nie bylo problemu, no nic dobrze tak to sie skonczylo:))
04.11.2008 Gdansk
Wszystko zaczyna sie komplikowac, z powodu mgly wszystkie loty z Gdanskiego lotniska zostaly odwolane! Niezle sie zaczyna...
Bartek, ktory pracuje na lotnisku bardzo mi pomogl, Bartek- wielkie dzieki!!!:)
Co teraz? Jest lot z Warszawy, ale kosztuje prawie tylo co samolot z Lodnynu do Beunos i spowrotem, no i trzeba sie dostac do Warszawy...No nic probuje! Szybka akcja, Tata, lotnisko, samochod, i za chwile gnam samochodem do Warszawy. Trzezwe spojrzenie mojego Taty, i wszystko jasne, nie zdazymy!
No to pieknie zaczyna sie moja "podroz zycia".
Jedziemy do domy, w miedzy czasie kontaktuje sie z Michalem, ktory jedzie pociagiem z Edenburgha do Londynu, i caly czas dzwoni, probujac cos zalatwic z moim biletem.
Michal- Jestes wielki!!!!!
W domu kupuje bilet do Londyny z Warszawy za 500 zl., lece LOT-em, nie jest zle. Odrazu bookuje najtanszy hostel w Londku jaki udalo mi sie znalesc przez internet. Kkosztuje ok. 60zl. za 2 noce, zobaczty jaki bedzie standard. o 04:30 mam pociag z Gdanska do Warszawy, czas sie klasc.
sobota, 1 listopada 2008
Przed wyjazdem
Witamy, alohoa, bon dziorno:)
Witamy wszystkich na naszym blogu. Bedziemy sie starac komentowac na biezaco etapy naszej podrozy po Ameryce Poludniowej. Wyruszamy 4 Listopada, plan jest taki zeby wrocic 16 Stycznia ale kto wie...
Nasza wyprawe zaczynamy tak naprawde w Londynie na Liverpool Street gdzie spotkamy sie i razem ruszymy w nieznane to znaczy na Heatrow a z tamtad do Buenos Aires z krotkim postojem w Sao Paulo. Plan jest prosty: dotrzec droga ladowa (badz srodladowa ;) z Buenos do Rio De Janeiro, po drodze przemierzajac argentynskie Andy, pustynie Atacama, szlak Inkow, amazonska dzungle i brazyliskie plaze gdzie mamy zamiar spedzic sylwestra.
Zapraszamy do śledzenia naszego bloga :)
Pozdrawiamy
Witamy wszystkich na naszym blogu. Bedziemy sie starac komentowac na biezaco etapy naszej podrozy po Ameryce Poludniowej. Wyruszamy 4 Listopada, plan jest taki zeby wrocic 16 Stycznia ale kto wie...
Nasza wyprawe zaczynamy tak naprawde w Londynie na Liverpool Street gdzie spotkamy sie i razem ruszymy w nieznane to znaczy na Heatrow a z tamtad do Buenos Aires z krotkim postojem w Sao Paulo. Plan jest prosty: dotrzec droga ladowa (badz srodladowa ;) z Buenos do Rio De Janeiro, po drodze przemierzajac argentynskie Andy, pustynie Atacama, szlak Inkow, amazonska dzungle i brazyliskie plaze gdzie mamy zamiar spedzic sylwestra.
Zapraszamy do śledzenia naszego bloga :)
Pozdrawiamy
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)