środa, 19 listopada 2008

15-17.11.2008

15.11.2008

W Mendozie jestesmy rano, o 8 lub 9 niewiemy dokladnie poniewaz gdzies po drodze mogla byc kolejna zmiana czasu...
Na dworcu starszy pan proponuje nam hostel, cena jest nawet atrakcyjna wiec sie decydujemy, jak sie pzniej okaze bedzie to jedna z naszych najlepszych decyzji. Mendoza zapowiada sie obiecujaco tylko troche zimno jakies 12 stopni....

Jak to zwykle bywa w Argentynie odleglosci sa ogromne, wiec zwiedzania mista na piechote zajmie nam kilka dni.

Za to nocne zwiedzanie mista stala sie juz naszym stalym programem:) Wieczorem Chilijczycy urzadzaja grila na dachu naszego hostelu, na ktorego zostajemy zaproszeni. Towarzystwo bardzo miedzynarodowe, Chile, Brazylia, Wlochy, Izrael, Argentyna i oczywiscie Polska:) Dalej ruszamy w miasto razem z calym towarzystwem. Po drodze odbywa sie rytual pytania o droge, wiec przejscie kilku kilometrow zajmuje nam 3 godziny. W koncu siadamy w ogrodku przed sklepem gdzie mozna napic sie piwa (W Argentynie podobnie jak w UK po 23 nie mozna kupic alkoholu). Od trzech miejscowych dziewczyn dowiadujemy sie o mega super imprezowni "Iskra" na pewno tam pojdziemy.

16.11.2008

Dzien wczesniej zadbalismy o to zeby dzisiejszy dzien byl jak najbardziej wypelniony. Wczesnie rano udajemy sie na wycieczke "szlakiem wina", jest to zwiedzanie winiarni polaczone z degustacja.
Natomist popoludniu mamy wykupione loty na paralotni!!!!!!
Niestety wiatr w gorach jest dosyc mocny wiec co chwile przez telefon dowiadujemy sie, ze nasz start zostal przesuniety o kolejna godzine. Napiecie rosnie....
Wiatr jednak sie uspokoil i pare chwil pozniej stalem na urwisku przypety do instruktora, michal mial byc po mnie.....
Bylo...... ciezko to oposac slowami........
Do konca dnia bujamy w oblokach:)))

17.11.2008

Wkoncu sie wyspoalismy i udalismy sie na zwiedzanie miejscowego zoo. gdy dotarlismy na miejsce, po paru godzinach marszu w pelnym sloncu, w okienku biletowym uslyszelismy......."maniana"
W drodze powrotnej nachwile wstapilismy do sklepu po wode, wyszlismy z woda i mala 1l. niespodzianka dla naszego Wloskiego przyjaciela z hostelu, ktory kiedy pracowal w Polsce i wie co dobre;)
Wieczor uplyno, dokladnie uplunol na "pogaduchach" oraz gotowaniu prawdziwej niepowtarzalnej Wloskiej pasty.... Niestety w pewnym momncie wlaczyl nam sie "szwedacz" i ruszylismy na poszukiwanie Iskry. Zlapalismy taksowke, na miejscu okazalo sie ze w poniedzialek Mendoza zamienia sie w imprezowa pustynie. Zdesperowani i spragnieni piwa lamanym hiszpanskim zapytalismy kierowce o jakikolwiek otwarty klub. Podobno cos jest...
Okazalo sie ze jest to klub "Drag Queen" pelen "kobiet" o meskich rysach... Bawimy sie dobrze ale caly czas chodzimy przy scianie i ubezpieczamy sobie plecy. No i ciagle to gasnace swiatlo na parkiecie...
Wracamy do hostelu okolo 5.30 a pobudka juz o 8 :-/

Brak komentarzy: