Ruszamy lapac stopa. Poczatki nie sa zbyt obiecujace, najpierw stajemy w niewlasciwym miejscu, a jak nam sie wydaje, ze stoimy dobrze, to nikt sie nie zatrzymuje. Wkoncu miejscowu podpowiadaja nam, ze powinnismy stanac na autostradzie, tak tez robimy chociaz wydaje sie nam to nielogiczne.
Mija 5 min i zatrzymuje sie pierwsza ciezarowka, lamanym Hiszpanskim prosimy o podwiezienie. Nie mamy zielonego pojecia dokad jedziemy, ale wazne ze do przodu. Okazuje sie, ze byl to bardzo krotki stop, kierowca wysadza nas przed barmkamni do placenia za autostrade.
Czekamy na kolejna okazje, ale to piekne czekanie przerywaja nam straznicy, ktory bardzo spokojnie i kulturalnie wyjasnieja nam, ze nie mozemy tu stac i zebysmy poszli na autobus. no nic zwijamu sie i szukamy kiolejnego miejsca, zeby sie ustawic i lapac kolejne okazje. Dlugo, dlugo nic, wiecej idziemy wzdluz drogi niz jedziemy. Jestesmy bardzo zmeczenie, jest jakies 35 stopni, i ani kawalka cienia.
I jak to zazwyczaj bywa w najmniej spodziewanym momencie zatrzymyje sie kolejna ciezarowka.
Tym razem jestesmy uratowani, potym jak kierowca wyrzuca nasz kartonik z napisem "Cordoba, por favor" wiemy ze jedziemy z nim dokonca:))) Herman, kierowca okazuje sie waritem jakich malo. Jego pra dziadek byl Polakiem i to tlumaczy jego Ulanska fantazje, wyprzedza na trzeciego, pisze smsa, dyskutuje z nami i nieprzerwanie zuje liscie koki ktorymi sam nas czestuje. Jego dewiza to "No krejzy, diferente..." Do nas to tez chyba troche pasuje:)
Jak pech to pech, ok 45km przed Cordoba 18 letni Mercedes Hermana sie psuje... No nic wysiadamy i lapiemy kolejne okazje, jestesmy juz tak blisko...
Nic nie jedzie jest wczesnie rano i ruch na drodze jest prawie zerowy. Cale sczescie Hermanowi udaje sie naprawic traka i kilka chwil pozniej nkontynuujemy nasza "diferente" podroz:)
Ostatni przystanek przed Cordoba trzeba "zaplacic" za stopa. Pomagamy dzielnie w rozladunku towaru. Wkoncu nadszedl czas pozegnan, Heramnowi nie jest nareke wjezdzac do centrum miasta wiec prosi ludzi, ktorzy przyjechali po towar, zeby nas tam zawiezli, oczywiscie nie ma problemu. Ladujemy na pace wiedzac ze nastepny przystanek to centrum Cordoby!!!!
W Coedobie idziemy zakwateroweac sie do najblizszefo hostelu, ktory wedlug przewosnika jest najtanszy. Spalismy tylko kilka godzin, ale decydujemy sie na nocne zwiedzanie miasta.
13,14.11.2008
Rano kupujemy bilety do Carloz Paz, mala miejscowosc turystyczna niedaleko Cordoby.
Po krotkim zwiedzaniu mista stajemy przy drodze i........ i wiekie nic!!!!:( Pod koniec dnia wkoncu zatrzymuje sie jeden samochod, kierowca byl tak mily ze podwiozl nas dalej niz sam jechal, szkoda ze tak malo tutaj takich ludzi. Do konca dnia nie udaje nam sie nic zlapac, zaczynamy szukac miejsca na nocleg.
Rano okazuje sie ze rozbilismy sie kolo deptaku na ktorym miejscowu urzadzaja grila, ale nic nam sie nie staklo, a w nocy nikt nas nie zaczepial. Po malym sniadaniu idzimy z powrotem na droge.
To nie jest najlepsze miejsce, maly ruch wszyscy sie znaja, i nikt nie chce sie zatrzymac...
Jestesmy bardzo zmeczeni morale spadlo prawie do zera, decudujemy sie na powrot do Carloz Paz i tam kupujemy bilet na nocny autobus do Mendozy, nocne przejazdy pozwola nam oszczedzic na noclegach.
Jak na zlosc akurat dzisiaj kierowcy autobusow strajkuja i na drodze mamy duzo konkurencji, wkoncu udaje nam sie zlapac okazje ale za $10 (tutaj $ oznacza peso) Niemamy wusjacia placimy. Na miejscu kupujemy bilet do Mendozy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz